Po odpadnięciu wczoraj Jerzego
Janowicza w półfinale Wimbledonu możemy spokojnie przeanalizować, nie bez
przesady to napiszę, najlepszy turniej wielkoszlemowy Polaków w historii tenisa.
Janowicz i Radwańska w
półfinałach, w dodatku z szansami na finały (tak obydwoje), Kubot w
ćwierćfinale, wyeliminowany przez naszego „Jerzyka” – o takich wynikach nasi
tenisiści, szczególnie panowie mogli jeszcze pół roku temu jedynie pomarzyć. Nad
szansami na triumf Radwańskiej nie będę się rozwodził, ale dołożę swój głos w
dyskusji- takiej szansy jak mecz z pogromczynią Sereny Williams, Niemką Sabine
Lisicki, w półfinale Polka może już nie mieć…
O Janowiczu wspominałem na blogu
jeszcze w tamtym roku jesienią, kiedy to wbił sportowy światek w osłupienie
dochodząc do finału prestiżowego turnieju ATP w Paryżu. Po tym turnieju wypalił
w górę rankingu, przeobraził się z nieznanego szerszej publiczności tenisisty z
poza czołowej setki w rozstawionego kandydata do walki o największe turnieje. Czyli
te wielkoszlemowe.
Nad Wisłą euforia, która przyszła z Paryża była nie do popisania, media
już widziały Jurka w finale Australian Open. Tam nie poszło najlepiej,
zapamiętaliśmy z występów Janowicza, nerwowe krzyki i kłótnie z sędziami
aniżeli grę na najwyższym światowym poziomie.
7/06/2013
