Stało się – w niedzielę dołączyłem do grona maratończyków.
Przeżyłem i jakoś funkcjonuję w pierwszym tygodniu po święcie biegania. Nie
ukrywam – poczułem Lublin w kościach i mięśniach.
Dzień po biegu naszły mnie, wcale nie odkrywcze, lecz w
końcu odczuwalne na własnej skórze, refleksje dotyczące biegania na maratońskim
dystansie. Nazywa się go świętem biegania. „Zwykłe” święto to dla mnie
celebracja, coś wyjątkowego. Jeśli nie luksus i pozwolenie sobie na rozkosz to
przynajmniej udzielenie się odśrodkowej przyjemności. Rytuał i przejście ciała w magiczny stan.
5/13/2014

