Plany nazbyt optymistyczne?

Kończy się czas dyskusji nad dokumentem planistycznym, który wyznaczy rozwój miasta na kilkanaście lat. To tzw. Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego. Jego wstępne zapisy budzą ogromne zainteresowanie architektów, planistów i oczywiście mieszkańców. Nie brakuje uwag, co pokazują czerwcowe i lipcowe spotkania w dzielnicach, czy z doradcami prezydenta Krzysztofa Żuka.

Choć wakacje trwają w najlepsze, to 12 lipca, w środowe popołudnie, sala konferencyjna ratusza pękała w szwach. W siódmych „Rozmowach o mieście” wzięli udział doradcy prezydenta, społecznicy z dzielnic, architekci i mieszkańcy, którym leży na sercu rozwój Lublina. Z urzędu miasta dyskusji przysłuchiwał się szef miejskiego Wydziału Planowania.

Dyskusję rozpoczęli członkowie Rady Kultury Przestrzeni, ciała doradczego. – To dla nas bardzo istotne rozmowy. Decydują o tym czy chcemy miasta dla wszystkich. Dotychczasowe spotkania w ratuszu nie spełniły naszych oczekiwań. Wnieśliśmy o powtórzenie konsultacji dot. studium. Chcemy też, by składały się z warsztatów dla mieszkańców. Należy im czytelnie przetłumaczyć skomplikowany język planistów, by nie zdziwili się, że za 25 lat przy ich domach powstanie wielka droga.

Uwalnianie działek rolnych i... prezenty dla gmin ościennych?

Studium składa się z dwóch płaszczyzn. Uwarunkowania opisują stan bieżący, a kierunki – przyszłą wizję miasta. Skupiano się na tej drugiej. – Studium zakłada, i to optymistycznie, wizję Lublina w 2050 roku. Miasto miałoby mieć wówczas ok. 374 tysięcy mieszkańców, podczas gdy prognozy Głównego Urzędu Statystycznego mówią o 265 tys. – mówił Jan Kamiński, przewodniczący RKP. Jego zdaniem miasto zbyt odważnie proponuje uwalniać tereny rolne pod „mieszkaniówkę”. Powierzchnia działek rolnych, nieużytków i zieleni nieurządzonej miałaby spaść szczególnie wyraźnie, bo niemal pięciokrotnie, do poziomu ok. 7-8 procent. Dotyczy to zwłaszcza dzielnic peryferyjnych, od Głuska po Szerokie. – Działki rolne są bogactwem miasta, nie bezwartościowym terenem. Na drogach przy samej granicy miasta gminy ościennych dostaną prezent, w postaci atrakcyjnych terenów pod zabudowę – mówił mając na myśli gminę Głusk i Konopnicę.
- W studium dominuje myślenie funkcją, a nie jej użytkownikiem, czyli mieszkańcem. Nie widać w tym konsensusu – słyszę od kolejnej ekspertki z Rady.

Głos zabierali społecznicy, członkowie rad dzielnic czy stowarzyszeń. Dyskusja była bardzo interesująca i merytoryczna. Nie brakowało odniesień do stanu miejskiej zieleni i jakości powietrza. Najgoręcej było przy powietrzu.

Słabe powietrze Lublina

Wróciła bowiem kwestia zabudowy części górek czechowskich, jak również wizja elektrowni na biomasę w uprzemysłowionej części miasta. 
Czuby, między Starym Gajem (las), a pętlą na osiedlu Widok.
Niedaleko torów poprowadzona ma zostać nowa trasa, która
umożliwi szybki wylot z centrum miasta. Początkowo miała
być na dwie jezdnie, z racji bliskości przyrody będzie węższa.
Jeśli powstanie skończy się żywot pewnego wąwozu.
– Jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza Lublin ma kategorię C [przekroczony poziom dopuszczalny]. Tymczasem podejmuje się decyzje o częściowej zabudowie górek czechowskich. Dziś Czechów i sąsiedzi mają najlepszą jakość powietrza w Lublinie, im dalej na południe i wschód, tym gorzej – mówił jeden z aktywistów z Czechowa, również w Lubelskim Alarmie Smogowym.

Podkreślano, że o czystość mieszkańcy muszą cały czas walczyć. – Ciągle zwalczamy nieprzyjazne środowisku inwestycjami. Najpierw spalarnia opon, później spalarnia śmieci, a ostatnio odpieramy elektrownię opalaną słomą [sprawa budowy tej ostatniej przy ul. Tyszowieckiej i Mełgiewskiej jest w sądzie administracyjnym, przyp.]. Po zasięgnięciu opinii naukowców widzimy, jakie niosłaby szkody promieniując na całe miasto! Urząd miasta działa sprzecznie. Prezydent nie wydał decyzji środowiskowej dot. elektrowni, a studium właśnie taką przewiduje – dodała społecznika z Felina, również w Stowarzyszeniu Ekologiczny Lublin. 
– Wyrażamy zaniepokojenie, gdyż taki zapis to zielone światło dla potencjalnego inwestora.

Miasta przegrywają za zaniedbania smogowe 

O tym, że miasta nie mogą bagatelizować jakości powietrza przypomniała pani Natalia ze Strasbourga. - Miasta niemieckie są już pozywane w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. I przegrywają. Udowadnianie śmierci człowieka w wyniku zanieczyszczenia powietrza jest trudne, bo regulowane kodeksem cywilnym, ale możliwe – mówiła jako gość spotkania.

Część odpiera argumenty Rady o zbyt nagłym uwalaniu działek rolnych. – U nas mieszkańcy czekają lata na tą decyzję. I regularnie pytają, kiedy będą się mogli budować. Lata lecą, pokolenia czekają. Jest w końcu szansa, by skończyć to ubezwłasnowolnienie na swoich działkach. Nie doczekamy się miejscowego planu zagospodarowania, jeśli będziemy przedłużali dyskusję w nieskończoność – mówią w radzie dzielnicy Szerokie, czyli skrajnie zachodniej dzielnicy miasta. 
Podobne sygnały są z drugiej strony Lublina. – Popieramy tworzenie nowej zabudowy, jak również wyznaczenie terenu pod grzebowisko dla zwierząt – dodają z rejonu Ponikwody.

Temat najbardziej elektryzujący opinię publiczną. O zagospodarowaniu ponad stu hektarów górek czechowskich mówi się od 2016 roku. Dziś wyglądają mniej więcej tak (zdjęcie z wiosny 2017, od strony ul. Poligonowej i Boh. Września. Staną tu nawet 14-piętrowe wieżowce. Zdaniem obrońców przyrody północny rejon miasta bezpowrotnie utraci wówczas jedyny taki ekosystem. Dziś pełno tu zwierzyny, ale niestety i ludzkich zaniedbań. 

Z rozwiązań zasygnalizowanych przez miasto w „kierunkach” Rada widzi kilka nietrafionych (jej zdaniem) koncepcji. Jak choćby pomysł przedłużenia trasy Zielonej drogą klasy zbiorczej w niedalekim sąsiedztwie torów w kierunku Warszawy. Ulica biegłaby doliną Czubów, m. in. śladem malowniczej ulicy Węglinek, gdzie zachował się naturalny wąwóz. Wlatywałaby w al. Kraśnicką i miałaby być alternatywą dla zatkanej w "szczycie" ul. Jana Pawła II. 
Rada widzi za to rozbudowę arterii bliżej miasta, ulicy Bursztynowej, i puszczenie tędy komunikacji miejskiej.

Rada nie widzi też przecięcia szybką drogą Ponikwody, gdzie droga klasy głównej wlatywałaby do Turystycznej, tuż przy oczyszczalni „Hajdów”. Z ogólnych uwag Lublin jawi się w przyszłości jako miasto nadmierne rozpraszane i rozlewane. „Nowe dzielnice są skazane na problemy komunikacyjne. Założenia studium zachęcają do wyprowadzki poza miasto i dalszego pogłębiania odpływu mieszkańców. Brak dbałości o system przyrodniczy, istniejące i nowe tereny zieloni i ich powiązania” – czytamy w podsumowaniu stanowiska Forum i Rady Kultury Przestrzeni.

Miasto czeka na uwagi do 4 sierpnia. Już zapowiada kolejne wyłożenie dokumentu, w sposób bardziej zrozumiały dla mieszkańców. 


Nowy plac Litewski tuż po otwarciu [FOTO]

Oddany po ponad rocznym generalnym remoncie plac Litewski zachwyca. A zwłaszcza fontanna, dająca możliwość ochłodzenia, ale i multimedialne spektakle. Nie wszyscy umieją jednak z niego korzystać. Aż strach myśleć o kolejnych masowych imprezach, Karnawale Sztukmistrzów czy Nocy Kultury...

Inauguracyjne widowisko, wodno-laserowe show, obserwowały chyba tysiące mieszkańców. Z trudem wcisnąłem się by kręcić pokazy. Poniżej kilka ciekawszych ujęć, cieszę się, że spotkały się z uznaniem na moim profilu fejsbukowym.
Ale są i pierwsze skazy. Miasto musi radzić sobie z tym, że co poniektórzy traktują fontannę jako nowy basen-łaźnię. Nie o to chodzi. Czas na prawne rozgraniczenie – chwilowy plusk, a kąpiel. Strażnicy miejscy dostaną instrukcje…
Do tego dochodzą pierwsze zniszczenia (koziołek na sprężynce, zapadnięta płyta przy fontannie po niefortunnej interwencji policji względem… pijanej młodzieży). Serwisy lokalne przedstawiały już pijącą młodzież wspinającą się na nowe drzewka przy pasażu.


Dostaliśmy super nową zabawkę, z której nie do końca umiemy korzystać. Przynajmniej nie wszyscy. 

Na deser, spóźnione, ale ciekawsze z ujęć. Tak to wyglądało w połowie czerwca.










Na ośmiu kółkach


Zarażony nową pasją? Chyba za wcześnie na taki entuzjazm, ale po drugiej jeździe na rolkach wiem, że chcę „szybciej, mocniej, więcej”.


Pierwszą jazdę odbyłem kilka minut po zakupie. Boisko hokejowe na Czechowie, równiutkie jak decha. Swoją drogą jedyne do nauki jazdy na rolkach, korzystając z band. Warunki marzenie.
Względną równowagę miałem opanowaną już w sklepie.
Druga jazda już bez podpórki, w parku. W miarę równym, na tym etapie to rzecz najważniejsza. Koncentruję się na „jodełce”, czyli wyciąganiu nóg od środka na zewnątrz. 

Delikatna, powolna jazda, a już cieszy…Płynę, tylko że w pionie.

Daję sobie czas. Trzeba pobyć w rolkach co najmniej z kilka godzin i pochwycić kilka cennych porad, celem efektywnej nauki. O trikach na razie nie marzę. Niejedna gleba przede mną.

Ale w końcu ma być szybciej, mocniej, więcej... J

Lubelski bubel miejski

Zwłaszcza przed rokiem, gdy rozbudowywano system z 45 do 90 stacji, ale i w tym roku, władze miasta chlubiły się systemem Lubelskiego Roweru Miejskiego. Wyróżnienie dla milionowego użytkownika, pożyczania przez aplikacje, tandemy – wszystko pięknie. Szkoda, że jakość rowerów i obsługi poleciała ostatnio na łeb na szyję.

Traktuję LRM jako ewentualność szybszego podskoczenia na materiał, do domu. Przy okazji, kiedy stacja jest na wyciągnięcie ręki. 

Przy kolejnych odmowach systemu i wypożyczonych bublach skończyła się moja cierpliwość. Miałem już okazję dzielić się usterkowością LRM w prasie, ale firma bierze te alerty i odpowiada, że system się kalibruje, że wynika to ze złego użytkowania.  

Piszę o tym oczywiście z autopsji, ale niepochlebnych odniesień znajduję więcej. W mediach społecznościowych, na samych stacjach. Ludzie stoją z telefonami, wiszą na rozmowach z obsługą, celem zwrotów lub wypożyczeń. To chyba największa z plag – większość moich wypożyczeń (a było ich z 7-8) kończyła się tym, że z zamka albo rower nie wyskakiwał albo przy zwrocie na zaskakiwał.

Linia również nie należy do ekspresowych. Prywatna firma zedrze z ciebie jak najwięcej czasu na infolinii, zapyta o język, numer telefonu (akurat to logiczne) i … czekasz aż się połączysz. Albo co chwila są reklamacje i alerty o pomoc albo „telefonowi” w Nextbike nie pracują. Drugie wykluczam.

Na te kilka wypożyczeń udało się, BEZ żadnych usterek wypożyczyć 1 rower. JEDEN. A to coś pika w napędzie, a to siodełko nie do regulacji, a to wyżej wspomniana plaga. Lepiej skorzystać z aplikacji, przekonałem się o tym wczoraj. Zamawiałem przez automat 4 rowery na dwóch stacjach. Wszystkie były serwisowane, albo pożyczone.  A człowiek telefonem wypożyczył rower i pojechał w trymiga.

Widzę coraz mniej powodów, aby wykorzystywać LRM do autopromocji miasta. Coraz bardziej nie polecam.


Rowerowy maj

Nazwa zaczerpnięta od akcji jednego z lubelskich stowarzyszeń rowerowych doskonale oddaje główny rodzaj mojej aktywności w mijającym miesiącu.

Rower daje mnóstwo frajdy, ale skrzętnie korzystam i z innych możliwości do poruszania się. W majówkę spływaliśmy po raz kolejny w ramach imprezy Sezon Lublin z Prawiednik do Lublina. Wodniactwo, piękna rzecz. Co jakiś czas wyskoczę na miasto pobiegać. 

Ale na ten moment aktywizuję się głównie na rowerze. Czemuż się dziwić, przed zimą zakupiłem rower Unibike`a, na wiosnę wyposażyłem niebieską „strzałę” o błotniki, licznik, uchwyt na smartfona, światła, obejmę. W planach są bagażnik i sakwy...

Plan jest prosty. Chwila wolnego (przeważnie weekend) i jedziemy za miasto. Wyobrażenia są ambitne i sięgają ponad stu kilometrów – chociażby pod granicę do Włodawy (której sąsiedztwo objechaliśmy dysponując rowerami na kwaterze), na Roztocze, czy do rodzinnej Stalowej Woli. By nie konać w męczarniach (ot amator rzucił się na setkę z podjazdami!), rozpocząłem od krótszych tras i… rozkmin, czy nie otworzyć rowerowego kanału na Youtube.

Zresztą zobaczcie. Na początek z postoju w drodze do Zawieprzyc, gdzie "lubelska" Bystrzyca uchodzi do Wieprza...
Lublin-Zawieprzyce-Lublin (51 km)
Liczyłem, że wzdłuż rzeki będzie w miarę płasko... Wyszło jak na lubelskiej ziemi - z licznymi zjazdami i podjazdami. Przy 40 kilometrze nogi dały się we znaki, zwłaszcza towarzyszce wycieczki. Podjazdy w Pliszczynie, czy na Ponikwodzie na koniec były porządnym wyciskiem. 

video

Morał jest prosty - jeśli chcecie "płaskim" odcinkiem wyjechać z Lublina to unikajcie kierunku północnego. Dolina rzeki Ciemięgi przyskrzyni was na całej długości, od Panieńszczyzny do Łysakowa. Z tego powodu, ale nie tylko, w następnym tygodniu wybraliśmy kierunek południowy.


Lublin-Bełżyce-Niedrzwica-Osmolice-Lublin (62 km)

Dowodem niech będzie, dynamiczne ujęcie ze ścieżki rowerowej (tak, większość trasy prowadzi wyodrębnionym pasem pieszo-rowerowym, oddzielonym od jezdni rowem) do Bełżyc. Miasteczko obchodzi w tym roku 600-lecie, istnienia. Ledwie 100 lat mniej niż królewskie miasto będące stolicą województwa.

Zrobiliśmy sobie tutaj godzinę przerwy. Na tutejszy park, gdzie uzupełniliśmy węglowodany, pobliski staw. Zero życia na ulicach - nieco po godzinie 12 mieszkańcy przebywali albo w kościele, albo pochowali się przed słońcem w domach. Mijamy tylko rybaków przy stawie i dzieciarnię w parku.

Stamtąd udaliśmy się do Niedrzwicy, przecinając krajową "19", a później do Osmolic, nad wąziutką na tym etapie Bystrzycę. Po drodze minęliśmy przedwojenną rządcówkę w Osmolicach. Miejsce z którego biło ziemiańskie życie jeszcze przed wojną, przeorała wojna. Od 2006 roku teren jest własnością prywatną. Na wejściu wisi kłódka...

Zmęczeni, po 45-50 km, wróciliśmy nad zalew Zemborzycki, na marinę, a stamtąd do centrum. 

video



Przy zespole pałacowym w Osmolicach

W ten weekend planujemy obrać kierunek południowo-wschodni. Szlakiem lubelskich dworków (za nami Kozłówka, Osmolice), czas na Gardzienice, miejscowość przy Piaskach, "tranzycie" na Chełm i Krasnystaw. 

Lublin - Nałęczów - Kazimierz Dolny - Puławy (powrót pociągiem), 85 km

w nałęczowskim parku, przesiadka 
Rozkręciliśmy się, choć planowaliśmy asekuracyjny dystans (ok. 60 km). Do Nałęczowa poleciało bez przeszkód, niespełna półtorej godziny i zameldowaliśmy się w parku uzdrowiskowym. Uzupełniliśmy kalorie, kilka zdjęć i jedziemy dalej. W nieznane. 

W Wąwolnicy zdecydowałem o odbiciu na czerwony szlak rowerowy, prowadzący do Kazimierza. I tu rozpocząłbym wywód bez końca. Krótko pisząc, nie polecamy "na czuja" kierować się tym szlakiem do Kazimierza. Pokręciliśmy z 20 km bez celu tylko dlatego, że oznaczenia były niewyraźne, na newralgicznych rozjazdach znaki były zakryte. Zdarzało się że szlak kierował nas na górkę, gdzie ledwo piechur wchodzi... A zjazdowcem mógłby być zawodowy motocrossowiec... 

Wąwóz lessowy w Wąwolnicy
Na rynku w Kazimierzu
Ciekawy widok wąwozu w Wąwolnicy na chwilę, musiał ustąpić nerwom wynikającym ze zmęczenia, przygrzania (opaliliśmy się nieźle) i wizji tego, że nikt nas nie weźmie z trasy, a nie trafimy. Poradziliśmy się tubylców i jakoś dalej poszło. 

Zdenerwowani, przegrzani, wróciliśmy na twardą szosę i najdłuższym zjazdem, chyba w życiu, śmignęliśmy do Kazimierza. Bruk miasteczka, Wisła, chwila spokoju - na to czekaliśmy. Powrót do Puław na kolejowy "desant" do Lublina był formalnością i przyjemnością. Średnia prędkość - ok. 23-26 km/h. 
video

I kilka słów podsumowania wycieczki, z ujęciami Kazimierza:
video








 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | cheap international calls